Starszy mężczyzna z żółtym plecakiem i chustą na głowie patrzy na lodowiec Gorner w Alpach.

Zapiski starego włóczęgi

Rdza
i Droga

Sześćdziesiąt siedem lat na karku. Świat pod kołami. Rdza na błotnikach — a w środku ciągle się tli.

Nazywam się… nieważne. Mów mi Łódzki Wołocuga.

Wychowałem się w Łodzi, wśród fabryk i przędzalni — czerwona cegła, dym i syrena, która o świcie stawiała całe ulice na nogi. Wszyscy byli biedni, więc nikomu to nie przeszkadzało. Bieda była jak powietrze: nikt jej nie zauważał, póki starczało na chleb. Nauczyła mnie liczyć każdy grosz, ale nauczyła też patrzeć — bo kto nic nie ma, ten widzi więcej.

Później robiłem, gdzie się dało i co się dało. Jeden interes wyszedł, drugi rozsypał się jak stary łańcuch — tak to bywa, kiedy człowiek próbuje. Ale przez cały ten czas, drugim torem, jak nocny pociąg towarowy, szła we mnie jedna myśl: droga. Aż któregoś dnia przestałem odkładać ją na potem, zamknąłem za sobą drzwi i ruszyłem. I już nie zawróciłem.

Teraz jestem w drodze. Śpię, gdzie się da: w stodole na sianie, w górskiej chacie, czasem pod chmurką. Jem to, co ludzie sprzedają przy drodze — ser od gospodyni, chleb prosto z pieca, kiełbasę, za którą niejeden szef kuchni by klęknął. Zmęczony jestem, nie powiem. Ale szczęśliwy. Te dwie rzeczy się nie gryzą, choć młodym trudno w to uwierzyć.

Tu zapisuję, co widziałem. Bez filtrów, bo i po co. Rdza też jest kolorem.

— Łódzki Wołocuga

Zapiski z drogi

Każdy wpis zamknięty jak list. Jedno zdjęcie, jeden cytat. Resztę trzeba otworzyć.

Matterhorn wynurza się z chmur i odbija w tafli jeziora Riffelsee. Riffelsee, 2582 m n.p.m.

Kolana bolały już przy śniadaniu, więc kawałek podjechałem kolejką i wcale się tego nie wstydzę. Stary człowiek zna swoją maszynę — wie, kiedy dolać oleju, a kiedy zjechać na pobocze. Ostatni odcinek szedłem pieszo, powoli, krok za krokiem, jak się chodziło na szychtę.

Matterhorn cały dzień chował się w chmurach jak dłużnik przed komornikiem. Usiadłem nad Riffelsee i czekałem. Wyszedł pod wieczór, na pięć minut, i przejrzał się w jeziorze jak stary człowiek w szybie warsztatu. Pomyślałem: obaj mamy swoje lata, obaj jeszcze stoimy.

Ta góra nie pyta, ile masz na koncie ani ile na karku. Stoi. I to wystarczy za całą filozofię.

Autor bloga z żółtym plecakiem na tle lodowca Gorner.
Gornergrat. Zdjęcie zrobił mi Niemiec spotkany na szlaku.
Motocykl z sakwami na pustynnym piachu, w tle rdzawe klify Sahary. Adrar. 47 stopni w cieniu, cienia brak.

Piach wchodzi wszędzie: w łańcuch, w chleb, w życiorys. Klify stały nade mną rude jak hałdy z mojego dzieciństwa, tylko większe i starsze o miliony lat. Jechałem cały dzień i nie spotkałem nikogo — aż wieczorem, przy studni, staruszek w niebieskiej gandurze machnął ręką: siadaj.

Herbata była słodka jak grzech i gorzka jak życie, po trzy szklanki, bo tak wypada. Nie znaliśmy wspólnego języka, więc rozmawialiśmy uczciwie: o niczym. Bieda tam wygląda inaczej niż ta z mojego podwórka, ale uśmiech ma ten sam.

Stachura by to zrozumiał. Dokąd? Skąd? Na pustyni te pytania brzmią wreszcie poważnie.

Klasztor Paro Taktsang przyklejony do pionowej skały, wokół zielone góry i flagi modlitewne. Paro Taktsang, Tygrysie Gniazdo.

Trzy godziny pod górę, na piechotę, bo do Tygrysiego Gniazda nie ma windy i bardzo dobrze. Klasztor wisi na skale, jakby ktoś przykleił go na złość grawitacji. Flagi modlitewne trzepotały na wietrze — mówią, że każde trzepnięcie to jedna modlitwa. To ja swoje odmodliłem samym sapaniem.

W Bhutanie mierzą szczęście narodowe brutto. Serio, mają to w urzędach. U nas mierzyło się normy i przodowników pracy, a szczęście każdy tkał na własną rękę. Młody mnich poczęstował mnie ryżem i zapytał przez telefon z translatorem, czy jestem szczęśliwy.

Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: zmęczony i szczęśliwy. Kiwnął głową, jakby to była najnormalniejsza odpowiedź na świecie. Bo jest.

Motocykle stoją na lustrzanej tafli solniska Salar de Uyuni, niebo odbija się pod kołami. Salar de Uyuni. Niebo pod kołami.

Pierwszy wpis w tym dzienniku, choć droga zaczęła się dużo wcześniej. Po deszczu solnisko robi się lustrem i człowiek jedzie po niebie. Silnik warczy, chmury pod kołami, i przez chwilę nie wiadomo, gdzie kończy się świat, a gdzie zaczyna jego odbicie.

Mickiewicz pisał o suchym oceanie i stepie, ale pasuje jak ulał — tylko zamiast wozu maszyna, a zamiast zieloności sól. Ta sama sól, która u nas w zimie żre progi w samochodach, tam trzyma niebo na wyciągnięcie ręki. Wszystko zależy, do czego człowiek się przyłoży.

Wieczorem sól skrzypiała pod butami jak śnieg na moim osiedlu w grudniu. Zachciało mi się do domu. To dobry znak — znaczy, że jest po co wracać.

Fot. tła: @robert_lens / Unsplash